wtorek, 14 stycznia 2014

Magazyn

                                                                                                                                     12.stycznia.2013
     Tego dnia dziły się różne rzeczy, dobre, złe a raz nawet tajemnicze...Jednak najważniejsze jest to, że wciąż walczymy o przetrwanie...
     Rankiem postanowiliśmy zabezpieczyć hangar. W obrębie mniej więcej 700 metrów pozbyliśmy się prawie wszystkich zombie. Jeden z nich bardzo mnie zaciekawił. Miał rozerwaną całą twarz, przed śmiercią, a jednak to my musieliśmy go zabić. Ale...co to może oznaczać? Stają się nieśmiertelne? Oby nie, bo na pewno żadne z nas nie przeżyje. Prócz tego zrobiliśmy coś w podobie tarasu na piętrze. Przyda się to podczas ataku tych stworów. Jak narazie nie musimy zbierać broni dzięki Andre, ale wciąż mamy bardzo mało pożywienia. Naszym celem było Tesco. Ja, Eric, Andre, Connor, Kevin i kilku innych postanowiło "napaść" na to miejsce. Jeśli będzie pełny, to na jakieś dwa, może trzy miesiące wolne od zbieranie pożywienia. Jeżeli jednak będzie pusty, to będziemy głodować. W najgorszym wypadku wyrzucić chorych, a takich mamy trzech.
      Gdy mój zegarek wskazywał 12-tą, wyruszyliśmy. Pierwsza "fala" była najgorsza. Ugryziony został Jeremy. Bardzo przydatny podczas okradania miejsc. Weszliśmy do sklepu.
-Nigdy bym się tego nie spodziewał.-Powiedziałem, gdy zobaczyłem to, co było w środku.
      Na półkach leżały całe paczki jedzenia, wzięliśmy koszyki i powkładaliśmy wszystko, co znaleźliśmy. W sklepie, o dziwo, nie było ani jednego kąsacza. Powróciliśmy do magazynu i uczciliśmy to wydarzenie "szwedzkim" stołem.
      Po najedzeniu się do syta poszedłem do "dziury" i sprawdziłem, co się tam dzieje. To co tam widziałem, zamurowało mnie.
-Przygotujcie broń, mamy atak!-zawołałem szybko.
Na zewnątrz było jakieś sto, może dwieście szwendów. Każdy wzmacniał zasieki i poszedł na "snajperską" kanciapę.
-Byle tylko się nie wdarły.-Powiedział, jakoś bez przekonania Kevin.
-Oby-Odpowiedziałem.
 Zaczęła się walka, każdy, kto tylko mógł walczył z zombiakami. Było nas dwadzieścia osób. Po czterech-pięciu minutach pozbyliśmy się 40% grupy. Ale one napierały coraz szybciej i szybciej. Bałem się, że to już koniec naszego żywota. Zmobilizowaliśmy się i zabijaliśmy jak najbardziej doświadczeni terroryści. Nie umarł ani jeden nasz, za to pozbyliśmy się wielu, naprawdę wielu nieumarłych.
-O kurwa! To było coś! Uratowałeś nam życie stary. Gdybyś tam nie wszedł, to pewnie już byśmy szukali naszej ofiary.-powiedział do mnie Connor.
Czułem się jak...jak bohater. Ale znowóż bez grupy one by tu dotarły.
    Ustaliliśmy warty i zasnęliśmy. Próbowałem jednak zrozumieć, skąd one się tam wzięły? Przecież oczyściliśmy większość miasteczka. Myśląc o tym nie zauważyłem, kiedy zasnąłem.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz