czwartek, 26 grudnia 2013

Ogłoszenia Parafialne

Hej to ja; autor bloga. Mam pewne ogłoszenia, z którymi chce się z Wami podzielic:
-Na razie brak  postów (święta), jednak po nich, ruszamy ostro z kopyta
-Szukam osobę(osoby), które chciałyby blogowac razem ze mną. Jeżeli jest ktoś chętny, to proszę o kontakt na fb: https://www.facebook.com/kacper.bednarek.104. Lub na maila: npwm3007@wp.pl. Początkowo brak zarobków, jednak przy ok. 8-10 tyś. wyświetleń włączę tę opcję i dzielimy się tak, jak to ustalimy.

poniedziałek, 23 grudnia 2013

3. dzień apokalipsy

 22.grudnia.2013 r.
            Po przebudzeniu się obmyłem się wodą wykradzioną z sklepiku i obudziłem resztę. Wyruszyliśmy w podróż ku New Saint's-jedynego miejsca, nie dotkniętego tą zarazą...
           Wspólnie postanowiliśmy, że zabierzemy jeszcze jedną osobę lub więcej, jeżeli znajdziemy opuszczony, sprawny samochód. Pierwsza była druga opcja. Kierowcą Porsche 901 został Eric. On jednak był jedynym pasażerem tamtego auta. Ja kierowałem samochodem w którym siedzieli Emma i James. Nic ciekawego się nie działo, więc postanowiłem puścic moją ulubioną płytę-"Nevermind" Nirvany.
-O mój boże...Wyłącz te brzdęki, nienawidzę Nirvany!-wkurwiał się James miłośnik klasyki.
-Co ci w tej muzyce nie pasuje? Mocna, głośna z przekazem. Czego chcesz więcej?-Odpowiedziałem.
Odpuścił. Całe szczęście, inaczej musiałbym słuchac Beethovena, znając życie. W pewnym momencie dostrzegłem drobną osóbkę. Z uśmiechem na ustach podjechałem do niej. Odwzajemnił mój uśmiech. Nagle z lasu wyszedł kąsacz i ugryzł go. Gdybym podjechał chwilę wcześniej, siedziałby teraz z nami. Druga osoba na sumieniu licząc kasjera, to trzecia. Nagle przypomniałem sobie o Norville-mała wieś, mieszkają tam moi rodzice i brat. Zatrzymałem Erica i powiedziałem mu o tym, zboczyliśmy z kursu. Podekscytowałem się, że moja rodzina będzie razem ze mną. Dojechaliśmy do głównej ulicy, było tam kilka zombie, spokojnie sobie z nimi poradziliśmy. Podjechałem pod mój, a w zasadzie dom moich rodziców. Drzwi były otwarte. Nagle z pokoju taty wyskoczył mój brat-Jarrod z tasakiem. Gdy mnie zauważył, powiedział:
-Jess? O matko, mój brat żyje! Mamo chodź! Jess przeżył!-Krzyczał w niebogłosy.
-Chcę zabrac was do New Saint's-miejsca wolnego od ożywionych po śmierci.
-Hej, a gdzie tata?-Zapytałem.
-On, on...nie żyje. Zagryzł go Jenckins.
Rozpłakałem się. Mój tata, z którym tyle przeżyłem zginął zabity przez pijaka. Świat się dla mnie zawalił. Zawsze moja mama i brat przeżyli. Spakowali się i odjechaliśmy. Jarrod pojechał swoim autem. Czy wśród kąsaczy był mój ojciec? Jeśli tak to...zabiłem mojego ojca! Poleciały mi łzy, znowu.
Pojechaliśmy na odludzie i ułożyliśmy się spac.
Koło trzeciej nad ranem obudziło mnie stukanie w szybę. Zombie się zebrały! Zapaliłem silnik i próbowałem wycofac. Było ich niewiele, dlatego spokojnie sobie poradziłem. Zatrąbiłem, żeby pozostali się obudzili. Zrobili to co ja. Nie przestaliśmy jechac, tylko co 2-3 godziny zmienialiśmy kierowcę. Tak minął trzeci dzień...

2 dzień apokalipsy

*Hej tu autor bloga. Sory, że wczoraj i przedwczoraj nie było "kartki", ale nie było mnie w domu, spodziewajcie się dziś trzech postów ;).
                                                                                                                                       21.grudnia.2013 r.
         Gdy James i Eric wstali. Postanowiliśmy, że dzisiaj poszukamy czegoś do jedzenia, bo oni mieli tylko po puszce konserw, a ja wybiegłem z domu, nie myśląc o prowiancie...
         Niedaleko nas był sklep "The Best Shop"-mały, stary budynek z odlatującym tynkiem. No cóż, w tych czasach nawet tym nie pogardzę. Podeszliśmy pod drzwi:
-Cholera, zamknięte.-Wkurzyłem się.
-Mam pomysł, odsuńcie się!-Zakrzyknął Eric i wyważył drzwi.
Weszliśmy do środka. Braliśmy wszystko co się przyda; jedzenie, napoje, baterie, latarki oraz książki, które można przeczytac podczas jazdy. Wszystko zapakowaliśmy do koszyków i wynieśliśmy. Nagle zza lady wstał chory człowiek. Miał broń, ale żeby ją zdobyc, trzeba go zabic. Zacząłęm strzelac w jego kierunku, jedna strzała trafiła go w głowę, padł.
-Strzelajcie w głowy.-Powiedziałem.
Podszedłem do niego i zrobiło mi się żal tego człowieka. Zginął przeze mnie. Zakręciła mi się łza w oku. Ale to nie czas na refleksje, wyrwałem mu broń z rąk. Glocka dałem Jamesowi, niech się popisze swoimi umiejętnościami. Eric już to zrobił. Wychodząc zauważyłem płyty CD z piosenkami wykonawców takich jak: Eric Clapton, Michael Jackson, Elvis Presley i wielu, wielu innych wspaniałych muzyków i zespołów. Wziąłem kilka z nich, żeby powspominac stare czasy, gdy nie było takich wandali i gdy miliony ludzi nie umierało od grypy czy innych pospolitych chorób. Wróciliśmy do mojego Hyundaia Tuscona z 2008 roku i odjechaliśmy w nieco dziwnie radosnych nastrojach. W pewnym momencie zauważyłem na drodze Audi A5 z tabliczką "Pomocy" zatrzymałem się i czym prędzej pobiegłem sprawdzic, co się dzieje.  Z drugiej, niezauważalnej dla nas strony widziałem rozerwane drzwi i zgniecioną maskę. Wystraszyłem się, kto wie, czy właściciele samochodu nie są zakażeni. Gdy okrążałem samochód zza drzewa wyszła młoda, ładna kobieta. Po stracie Brittany nie byłem gotowy na związki, ale chciałem zabrac ją ze sobą. Była ona ubrana w biały t-shirt i białe spodenki, chodziła na czarnych, bardzo wysokich szpilkach. Po kilku sekundach spoglądania na siebie nawzajem zapytała:
-Zabierzecie mnie ze sobą? Miałam wypadek, jakiś idiota uderzył mój samochód z taką prędkością, że ledwo go widziałam.
-Jasne, chodź, mamy jeszcze miejsce w samochodzie. Jestem Jess, a ty?
-Emma, nazywam się Emma.
Nowa pasażerka opowiedziała nam co nieco o zarazie. Wirus przenosi się przez ugryzienie. Ludzie ugryzieni chcą zjeśc kolejnych i tak to się rozprzestrzenia. Żeby ten "zombie" umarł trzeba uszkodzic mózg, tak jak ja w sklepie. Jedno mnie tylko nurtowało: skąd ona wie o tym wszystkim? Nie chciałem jej już pytac, bo byłem wykończony. Spaliśmy w samochodzie. Ustaliliśmy warty i zasnęliśmy, tylko Eric nie spał, bo było jego kolej. W razie niebezpieczeństwa miał nas obudzic i unicestwic zagrożenie. Ta noc było dośc spokojna. To jedna z ostatnich, normalnych nocy...

sobota, 21 grudnia 2013

1 dzień apokalipsy

                                                                                                                                      20.grudnia.2013r.
      Jak każdego ranka wstałem, umyłem się i ubrałem. Martwiłem się co z Brittany, ale zamierzałem tam jechac po pracy. Zaparzyłem sobie kawę, z rana zawsze mnie to stawia na nogi. Po wypiciu wyszedłem z domu. To, co tam zastałem, zapamiętam na zawsze...
      Domy płonęły, ludzie biegali jak szaleni. Bałem się jak nigdy w życiu. Wsiadłem do samochodu. Po czym do szyby pukała jakaś kobieta. Chciałem otworzyc drzwi, ale od tyłu podszedł do niej jakiś facet z szramami na twarzy i ugryzł ją. Odjechałem. Chciałem jechac do szpitala, ale ulice do Noble Street i dalej były zakorkowane tak, że stałbym co najmniej 5 godzin. Postanowiłem iśc na pieszo. Spotykałem różnych ludzi; od normalnych, jak ja, po tych, jak tamten z przed mojego domu. Doszedłem do Szpitala, ale dr.Anderson, nie chciał mnie wpuścic, zapytrałem go, co się tu dzieje, czemu ci wszyscy ludzie oszaleli. Widziałem, w jego oczach strach, przerażenie i zagmatwanie. Sam nie wiem, czy ja też wtedy miałem takie uczucia. Doktor powiedział mi, żebym nie zbliżał się do chorych. Jednak którzy to chorzy? Czy moja dziewczyna też jest chora? Nie zdążyłem zapytac, gdyż ten dał mi pistolet i kazał jak naszybciej uciec z miasta. Dośc dobrze strzelam dlatego nie powinno to stanowic większego problemu.  Ale gdy odszedłem jakieś 100 metrów od szpitala zebrała się cała horda tych ludzi. Zacząłem ich ostrzegac, żeby nie podchodzili, ale oni byli coraz bliżej mnie. Strzeliłem do jednego z nich, ale ten, o dziwo nie padł, a nawet zaczął przyśpieszac. Próbowałem obejśc tych ludzi, ale ciągle szli w moim kierunku, wydając z siebie ten okropny, przerażający ryk.Ukrywając się za beczkami, próbowałem zrozumiec, co tak naprawdę się wydarzyło, czemu doktor mnie nie wpuścił do środka? Czemu nie pozwolił mi zabrac Brit?. Zamiast odpowiedzi, pojawiało się coraz więcej pytań. Po jakiejś godzinie doszedłem do samochodu, odjechałem. Próbowałem uciec z miasta, postanowiłem jechac przeciwnym pasem, i tak nikt nie wjedzie do miasta. Na drugim pasie były setki, jeżeli nie tysiące samochodów, w końcu to Nowy York, jednak jeżeli nikt nie przeżyje, to co się wydarzy: będę ostatnim człowiekiem w stanie? W kraju? A może na świecie?. Jadąc, zauważyłem dwóch młodych mężczyzn, zapewne byli wystarzeni, skoro szli tak, jakby zaraz miałby się zakończyc ich żywot. Postanowiłem, że wezmę ich ze sobą. Byli to James i Eric. James-blondyn, dosyc niski, blady, sprinter. Eric był jego dobrym przyjacielem, brunet z długimi, kręconymi włosami. Studiowali na Uniwersytecie Sportowym niedaleko Nowego Yorku. Znaleźliśmy ustronne miejsce i zatrzymaliśmy się. Czułem się źle, bardzo źle, zostawiłem moją dziewczynę, której zamierzałem się uświadczyc, bardziej bałem się o nią, niż o mnie. Jeżeli nie przeżyje, to, to będzie moja wina. Będę miał na rękach jej krew. Krew MOJEJ dziewczyny, osoby którą kochałem jak nikogo innego! To ja doprowadziłem do jej śmierci, choc jestem ateistą, pomodliłem się za nią. Teraz wiem, że gdybym bardziej dbał o naze stosunki ona byłaby przy mnie, uśmiechnięta jak ja. Tej nocy nie zasnąłem, miałem taki natłok myśli, że pewnie przyśniła by mi się moja osoba, brunet z okularami na nosie w garniturze i tatuażem na ręku, myślałbym pewnie w śnie, co nie robi żadnej różnicy. Tak minął mój pierwszy dzień w świecie bez ludzi.
by Kacper Bednarek

piątek, 13 grudnia 2013

Dzień przed wybuchem

                                                                                                                                        19.grudnia.2013
   Ten dzień zaczął się zupełnie normalnie: wstałem do pracy o 4:30, umyłem się ubrałem i wyszedłem do pracy, jak zazwyczaj. Jednak, to nie był zwykły dzień...
   Około 12 dostałem telefon z pogotowia. Moją dziewczynę-Britanny ugryzł pies. Czym prędzej zwolniłem się z pracy i pojechałem do szpital na Noble Street. W szpitalu było setki ludzi każdy miał te same objawy: ugryzienie, gorączkę i okropny kaszel. Na szczęście, Brit miała wolne łóżko. Lekarze mnie nie wpuścili do środka, sam nie wiem czemu. Siedziałem tam 3 godziny, co chwila mijał mnie chory pacjent lub pielęgniarka. Byłem jednym z niewielu, którzy nie mieli styczności z chorą osobą. Pomyślałem, że moje siedzenie tam jest bezcelowe i odjechałem. Wróciłem do firmy, na szczęście, jestem swoim szefem i nie miałem z tego powody nieprzyjemności. Między 4 a 5 wróciłem do domu. O tajemniczych ugryzieniach, dziwnych ludziach trąbili na każdej stacji, nawet na tej z mużyką. Więc włączyłem komputer i zagrałem sobie w Call of Duty. Wiem, że moja kobieta tego nie toleruje, ale jedną czy dwie misję musiałem przejśc, dla świętego spokoju. Położyłem się na łóżku, i słuchałem muzyki nawet nie wiem kiedy zasnąłem. To był ostatni normalny dzień w moim życiu.