20.grudnia.2013r.
Jak każdego ranka wstałem, umyłem się i ubrałem. Martwiłem się co z Brittany, ale zamierzałem tam jechac po pracy. Zaparzyłem sobie kawę, z rana zawsze mnie to stawia na nogi. Po wypiciu wyszedłem z domu. To, co tam zastałem, zapamiętam na zawsze...
Domy płonęły, ludzie biegali jak szaleni. Bałem się jak nigdy w życiu. Wsiadłem do samochodu. Po czym do szyby pukała jakaś kobieta. Chciałem otworzyc drzwi, ale od tyłu podszedł do niej jakiś facet z szramami na twarzy i ugryzł ją. Odjechałem. Chciałem jechac do szpitala, ale ulice do Noble Street i dalej były zakorkowane tak, że stałbym co najmniej 5 godzin. Postanowiłem iśc na pieszo. Spotykałem różnych ludzi; od normalnych, jak ja, po tych, jak tamten z przed mojego domu. Doszedłem do Szpitala, ale dr.Anderson, nie chciał mnie wpuścic, zapytrałem go, co się tu dzieje, czemu ci wszyscy ludzie oszaleli. Widziałem, w jego oczach strach, przerażenie i zagmatwanie. Sam nie wiem, czy ja też wtedy miałem takie uczucia. Doktor powiedział mi, żebym nie zbliżał się do chorych. Jednak którzy to chorzy? Czy moja dziewczyna też jest chora? Nie zdążyłem zapytac, gdyż ten dał mi pistolet i kazał jak naszybciej uciec z miasta. Dośc dobrze strzelam dlatego nie powinno to stanowic większego problemu. Ale gdy odszedłem jakieś 100 metrów od szpitala zebrała się cała horda tych ludzi. Zacząłem ich ostrzegac, żeby nie podchodzili, ale oni byli coraz bliżej mnie. Strzeliłem do jednego z nich, ale ten, o dziwo nie padł, a nawet zaczął przyśpieszac. Próbowałem obejśc tych ludzi, ale ciągle szli w moim kierunku, wydając z siebie ten okropny, przerażający ryk.Ukrywając się za beczkami, próbowałem zrozumiec, co tak naprawdę się wydarzyło, czemu doktor mnie nie wpuścił do środka? Czemu nie pozwolił mi zabrac Brit?. Zamiast odpowiedzi, pojawiało się coraz więcej pytań. Po jakiejś godzinie doszedłem do samochodu, odjechałem. Próbowałem uciec z miasta, postanowiłem jechac przeciwnym pasem, i tak nikt nie wjedzie do miasta. Na drugim pasie były setki, jeżeli nie tysiące samochodów, w końcu to Nowy York, jednak jeżeli nikt nie przeżyje, to co się wydarzy: będę ostatnim człowiekiem w stanie? W kraju? A może na świecie?. Jadąc, zauważyłem dwóch młodych mężczyzn, zapewne byli wystarzeni, skoro szli tak, jakby zaraz miałby się zakończyc ich żywot. Postanowiłem, że wezmę ich ze sobą. Byli to James i Eric. James-blondyn, dosyc niski, blady, sprinter. Eric był jego dobrym przyjacielem, brunet z długimi, kręconymi włosami. Studiowali na Uniwersytecie Sportowym niedaleko Nowego Yorku. Znaleźliśmy ustronne miejsce i zatrzymaliśmy się. Czułem się źle, bardzo źle, zostawiłem moją dziewczynę, której zamierzałem się uświadczyc, bardziej bałem się o nią, niż o mnie. Jeżeli nie przeżyje, to, to będzie moja wina. Będę miał na rękach jej krew. Krew MOJEJ dziewczyny, osoby którą kochałem jak nikogo innego! To ja doprowadziłem do jej śmierci, choc jestem ateistą, pomodliłem się za nią. Teraz wiem, że gdybym bardziej dbał o naze stosunki ona byłaby przy mnie, uśmiechnięta jak ja. Tej nocy nie zasnąłem, miałem taki natłok myśli, że pewnie przyśniła by mi się moja osoba, brunet z okularami na nosie w garniturze i tatuażem na ręku, myślałbym pewnie w śnie, co nie robi żadnej różnicy. Tak minął mój pierwszy dzień w świecie bez ludzi.
by Kacper Bednarek
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz